niedziela, 20 sierpnia 2017

Ile wpisów dodawanych miesięcznie jest liczbą optymalną? Czy istnieje coś takiego jak przesyt informacji? Moje subiektywne spostrzeżenia i pomysł na serię wpisów

Ile wpisów dodawanych miesięcznie jest liczbą optymalną? Czy istnieje coś takiego jak przesyt informacji? Moje subiektywne spostrzeżenia i pomysł na serię wpisów

Regularne dodawanie postów jest podstawą istnienia bloga i jest to fakt niepodważalny. Z systematycznym dodawaniem wpisów póki co jestem na bakier, bo chroniczny brak czasu i duża liczba zajęć nie pozwalają mi się dobrze zorganizować. Tak, zorganizować, bo wiele z Was ma całą masę zajęć w ciągu dnia a jest tak konsekwentna, że regularne pojawianie się wpisów to dla większości bułka z masłem, a zarządzaniem czasem nie sprawia żadnych trudności. 
Jednak czy istnieje coś takiego jak nadmiar informacji pojawiających się na blogu, który może spowodować przesyt? 


Regularnie dodawane posty nie pozwalając zapomnieć o blogu i zapewniają systematyczny ruch na naszej stronie. A na wzbudzeniu zainteresowania naszych czytelników, dotarciu do szerszego ich grona i zachęcaniu do zapoznania się z treścią, jaką zamieszczamy na blogach zależy nam najbardziej. 
Jednak czy jest możliwe, że duża ilość wpisów może spowodować, że  jest ich w pewnym momencie zbyt dużo? Czy w blogosferze istnieje w ogóle coś takiego jak "too much"?
Zawsze podkreśla się, że niesystematyczne, mało ciekawe i słabe treści zamieszczane na blogu spowodują jego samoistną destrukcję i rychły koniec. Zgadzam się z tym i czasem myślę, że może spotkać to i mnie. Do "perfekcyjnej pani bloga" niestety mi daleko :):) 
Ale czy za duża częstotliwość postów pojawiających się na blogu też może mieć niekorzystny na niego wpływ? 
Jakiś czas temu zaobserwowałam, że zdarzają się blogi, na których treści pojawiają się niemal codziennie. I nie byłoby w tym generalnie nic rażącego, jeśli nie to, że wpisy pojawiały się po prostu po to żeby być. Treści były pisane na kolanie, zdjęcia robione tosterem, nierzadko z liczną ilością błędów. Byle zachować regularność. Byle być.  A czy o to w tym wszystkim ma chodzić? 
Może teraz popukacie się w głowę i pomyślicie o czym ja w ogóle piszę, ale obserwując kiedyś blogi, przez które na liście czytelniczej wyskakiwały mi niemal jak spam, posty za postem, bez sensownej treści i bardzo kiepskiej jakości zdjęciami przestałam je po prostu obserwować. Z czasem blogi przestawały istnieć, co mnie szczególnie nie zdziwiło.
Blogi, które dosłownie bombardowały mnie ilością wpisów, sprawiały, że nowe posty po prostu omijałam, bo miałam wrażenie, że moja głowa nie przyjmie już więcej informacji.
Blogi, na których posty pojawiają się regularnie, ale w odpowiednich odstępach czasu, wywierają na mnie szczególną moc przyciągania. Widząc nowy wpis myślę, że "zatęskniłam" za nowymi informacjami i z ogromną chęcią je czytam.  Bo takie blogi dają odpocząć, a odpowiednia na nich przerwa sprawia, że chętniej do nich wracam. 
Ale jak jest z tą optymalną ilością, żeby zachęcić a nie spowodować przesytu u czytelników? Zaczęłam już nad tym intensywnie myśleć jakiś czas temu, i chciałam wprowadzić u siebie pewną systematykę, która spowoduje pojawianie się postów 3 razy w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki. Tak, żeby w moim odczuciu, zapewnić optymalną ilość informacji, jaką chcę się z Wami dzielić.


Mam też pewien pomysł na serię wpisów, które od września chciałabym wprowadzić na blogu
  • Beauty poniedziałki - w których pojawiać się będą wszelkiej maści recenzje, od pielęgnacji po kolorówkę, nowości kosmetyczne, ulubieńcy itp. czyli tak naprawdę temat wiodący na blogu, 
  • Literackie środy - staram się ostatnio więcej czytać, już mam kilka fajnych pozycji, z którymi chciałabym się z Wami podzielić, więc myślę, że ten rodzaj serii ma sens. Kiedyś już dodałam kilka "książkowych" wpisów i całkiem przyjemnie mi się na ten temat pisało,
  • Lifestylowe piątki - które będą luźne, chciałam w tej serii zawrzeć wszytko inne, poza tematami stricte beauty, czyli chociażby polecane miejsca w sieci, blogi, kanały YT, haule zakupowe, zapachy do domu,  moje przemyślenia, porady i wszytko inne, co mi przyjdzie do głowy, a z czym będę się chciała z Wami podzielić. 
Mam nadzieję, że pomysł wypali :)

Do następnego!

sobota, 12 sierpnia 2017

4 sposoby na walkę z bladą skórą

4 sposoby na walkę z bladą skórą
Pomimo dość ciemnej oprawy oczu, głębokiego, orzechowego odcienia tęczówek i brązowych włosów, mojej skórze daleko do pięknego oliwkowego odcienia. Mam jasną karnację, która w okresie wzmożonego stresu i chronicznego zmęczenia przybiera wręcz ziemisty odcień, który dodatkowo jeszcze postarza. Żeby było bardziej wesoło, ja i moja skóra nie przepadamy za wygrzewaniem się na słońcu, bo strasznie mnie to męczy, w dodatku moja skóra nie przybiera samoistnie tak pięknego brązowego odcienia jaki mi się marzy. Postanowiłam jednak na przekór przeciwnościom postarać się o lepszy odcień mojej skóry bez konieczności wystawiania jej na promienie słoneczne i znalazłam swój złoty środek w 4 krokach.


1. Soki marchwiowe

Tak wiem, mogę taki sok sama przygotować w domu, jednak nie mam porządnej sokowirówki do sporządzania soków marchwiowych, poza tym, zawsze było mi szkoda wyrzucać pozostały wysuszony na wiór miąższ, a nie miałam pomysłu jak go realnie spożytkować.
Znalazłam jednak w Aldi pyszne soki, kóre nie są typowymi jednodniowymi sokami, i mają zdecydowanie dłuższą datę przydatności do spożycia, więc zawsze biorę zgrzewkę i mam zaopatrzenie na 2-3 tygodnie. Soki składają się w 98% z soku marchwiowego, a pozostałe 2% to aromat bananowy i dodatek miodu. Piję je 2, maksymalnie 3 razy w tygodniu, ponieważ nie zależy mi na przemianie w chodzącą karotkę, a jedynie poprawie kolorytu skóry i wydobycie z niej promiennego blasku. A taka częstotliwość ich spożycia pozwala mi osiągnąć ten efekt.

2. Tabletki z karotenem beta - solar 

Stosuję je głównie w okresie letnim, podczas wzmożonego przebywaniu na świeżym powietrzu, ponieważ zauważyłam, że opalenizna podczas ich stosowania rzeczywiście pojawia się szybciej i przybiera lepszy, bardziej złocisty odcień. Dodatkowo tabletki pozwalają mi cieszyć się dłużej brązową skórą, utrwalając odcień i powodują, że opalenizna znacznie wolniej schodzi. Tabletki są szczególnie przydatne dla tych z Was, które tak jak ja lubię krótkie kąpiele słoneczne lub po prostu opalanie "przy okazji", np. podczas jazdy rowerem. 



3. Balsam brązujący Ziaja Cupuacu

Kiedy mam chęć na zdecydowanie głębszy odcień opalenizny, znacznie bardziej widoczny, wtedy sięgam po niezawodny i sprawdzony balsam brązujący od Ziai. Dzięki linii Cupuacu wróciłam z chęcią do produktów brązujących. Balsam z Ziai zapewnia szybką zmianę koloru skóry, która widoczna jest już po pierwszej aplikacji, a po 2 zastosowania mogę cieszyć się ładną, brązowo- złocistą opalenizną bez efektu pomarańczowej skóry. Produkt dodatkowo dość równomiernie schodzi i nie robi żadnych plam i smug, a do tego jego niska cena sprawia, że na stale zagościł w mojej łazience.

4. Krem koloryzujący do ciała Bielenda CC Body Perfector

Niezawodne słońce w tubce, mój idealny produkt SOS, kiedy potrzebuję w jednej chwili uzyskać efekt opalonej skóry, szczególnie nóg. Mam go od zeszłego lata i jest jednym z moich niekwestionowanych hitów. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze, nadaje ładny kolor opalenizny z lekkimi drobinami, które odbijają światło i rozświetlają skórę, nadając jej przy tym satynowe wykończenie. Maskuje też wszelkie niedoskonałości, jak pajączki czy mniejsze siniaki. Jest wodoodporny, co przetestowałam podczas deszczu. Delikatnie brudzi jasne ubrania od spodu (sukienki, spódniczki) ale jestem w stanie mu to wybaczyć, bo na szczęście łatwo się spierają. Jest też bardzo wydajny. 
 



Jakie Wy macie sposoby na poprawę kolorytu skóry? 

Do następnego!

piątek, 4 sierpnia 2017

Gładkie i jędrne ciało nie tylko latem | Lirene antycellulitowe serum z 5% kwasem migdałowym o działaniu złuszczającym

Gładkie i jędrne ciało nie tylko latem | Lirene antycellulitowe serum z 5% kwasem migdałowym o działaniu złuszczającym
Uff! Lato się w końcu obudziło i daje nam popalić ekstremalnymi, niemalże tropikalnymi temperaturami. U mnie w ruch idą codziennie litry mrożonej herbaty miętowej i wody gazowanej. Jak żyć? Dobrze, że zawczasu zadbałam też o polepszenie kondycji mojej skóry z Antycellulitowym serum z 5% kwasem migdałowym od Lirene, bo letnie sukienki i spodenki zobowiązują..... 


Z zasady nie stosuję produktów antycellulitowych ponieważ:

  • nie wierzę kompletnie w ich skuteczność, co się niejednokrotnie potwierdziło
  • za bardzo chłodzą
  • za bardzo rozgrzewają 
I właśnie głównie z powodu tych 3 czynników zwykle omijałam je szerokim łukiem i z dużą rezerwą. Jednak przeczytałam już kilka pozytywnych opinii na temat tego serum, a że chciałam poprawić zaniedbaną w ostatnim czasie kondycję mojej skóry przed urlopowym wyjazdem, potrafiłam dać mu szansę tym bardziej, że znalazłam go w Biedronce na promocji, gdzie za opakowanie zapłaciłam 14 zł. 



Produkt już na pierwszy rzut oka bardzo mi przypadł do gustu wizualnie. Czarna tuba z limonkowo-zielonymi elementami od razu przywiodła mi na myśl cieszące się popularnością produkty z aktywnym węglem, i choć tutaj takiego składnika nie uraczymy, koncepcja sama w sobie bardzo mi się spodobała. Ostatnio bowiem to, co "czarne" jest bardzo popularne. 



ZAPACH
Zastanawiałam się też nad zapachem, czy nie będzie za bardzo drażniący i czy da się z nim wytrzymać. I o dziwo, tak jak większość tego typu kosmetyków pachnie zdecydowanie zbyt chemicznie i toaletowo, tak ten zaskoczył mnie przyjemną dość cytrusową nutą. Miła  odmiana!

FORMUŁA
Konsystencja również jest na plus. Lekko żelowa, dość rzadka, błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając żadnego tłustego, a co najważniejsze, lepkiego filmu.

DZIAŁANIE
Producent zaleca stosowanie produktu 1 x dziennie, wieczorem. Stosowałam się do zaleceń i pokornie wcierałam serum w najbardziej wymagające partie ciała - brzuch, uda i pośladki. Zgodnie z obietnicą cellulit miał się ładnie zredukować do 78% a ciało miało stać się wyraźnie gładsze, jędrne i bez grudek i nierówności nawet do 93%
Z cellulitem produkt nie poradził sobie tak, jak obiecywał producent, bo skórka pomarańczowa  jak każda z Was zdaje sobie dobrze sprawę, to ciężki przeciwnik, który mysi być zwalczany wieloetapowo. Jednak miło zaskoczyła nie poprawa kondycji skóry pod względem napięcia.
Produkt sprawił, że skóra stała się mniej wiotka, zdecydowanie bardziej sprężysta i przyjemnie wygładzona. Efekt dla mnie jest zadowalający!
Serum nie uczula, nie wywołuje żadnych "skutków ubocznych" w postaci grzania lub chłodzenia, Nie bójcie się też efektu złuszczania, ponieważ stężenie kwasu migdałowego jest małe i w zasadzie efektu złuszczania nie radziłabym się spodziewać.
Myślę, że ten produkt włączę na stałe do codziennej pielęgnacji, bo chcę cieszyć się lepszą kondycją mojego ciała nie tylko w okresie letnim.


A Wy stosujecie tego typu produkty?

Do następnego!

środa, 5 lipca 2017

Oprócz błękitnego nieba..... | Fresh Air Kringle Candle

Oprócz błękitnego nieba..... | Fresh Air Kringle Candle
Ostatnio kapryśna pogoda sprzyja paleniu wosków w kominku. Zwykle tę przyjemność rezerwowałam sobie na jesienne wieczory, jednak wyjątkowo opieszałe w tym roku lato, wieczorami przypominające mi raczej wczesną jesień, skłoniło mnie to odkopania moich woskowych zapasów. A że z utęsknieniem czekam na letni błękit nieba, sięgnęłam po Fresh Air od Kringle Candle.


Nie lubię, kiedy dom wypełniają ciężkie, duszące aromaty, szczególnie w okresie letnim. Zdecydowanie stawiam na rześkość, lekkość i świeżość. Kiedy po raz pierwszy miałam styczność z tym zapachem, na sucho skojarzył mi się z Autumn Rain, a ponieważ ten "deszczowy" zapach wyjątkowo lubię, postanowiłam wziąć także i Fresh Air. 


Fresh Air jest zdecydowanie bardziej lekki i mniej intensywny. Pierwsze nuty zapachowe, przywodzą co prawda na myśl deszcz, ale zdecydowanie bardziej kojarzący się z letnimi, rześkimi opadami. Zapach, jaki wosk roztacza po mieszkaniu, przywodzi mi na myśl czyste powietrze, dokładnie takie kiedy po burzowym, ciężkim i dusznym dniu spada w końcu deszcz, przynoszący ulgę i rześkość. Zapach ma w sobie także nutę chłodnej morskiej bryzy, krystalicznej i odświeżającej. 
Dla mnie jest to zapach czystego, porządnie wywietrzonego mieszkania, czyli taki, jaki lubię najbardziej. 


Jeśli jesteście fankami świeżych i lekkich zapachów, które nie przyprawią o ból głowy, to jest to według mnie idealny wosk zapachowy.

Do następnego!

wtorek, 27 czerwca 2017

Bomba witaminowa | Miya Cosmetics MyPowerElixir

Bomba witaminowa | Miya Cosmetics MyPowerElixir
Bomba witaminowa..... to określenie zawarte w tych dwóch słowach idealnie opisuje moc kosmetyku, zamkniętego w słoiczku o prostym, ale jednocześnie uroczym, dziewczęcym designie. Produkt, który firma Miya wprowadziła do swojego asortymentu, jest idealnym uzupełnieniem kultowych i rozsławionych już kremów.


myPOWERelixir - a co to właściwie takiego jest?





MiyaCosmetics stworzyła tak naprawdę produkt wielozadaniowy, aby każda z nas znalazła w nim idealnie zastosowanie do własnych, indywidualnych potrzeb. Wachlarz zastosowań tego produktu jest tak naprawdę nieograniczony i mamy tutaj pełne pole do popisu. Produkt przede wszystkim możemy stosować jako:

  • serum rewitalizujące na twarz i dekolt, 
  • olejek do pielęgnacji suchych partii ciała,
  • serum pod oczy, 
  • maseczka na noc - jeśli nałożymy grubszą warstwę produktu
  • olejkowe serum do ust,
  • rozświetlacz na kości policzkowe - np. na opaloną skórę w celu podkreślenia opalenizny
  • naturalny peeling do ust, - jeśli dodamy do produktu nieco cukru
  • chłodzący kompres pod oczy - jeśli schłodzimy w lodówce
  • serum na zniszczone końcówki włosów - w celu ujarzmienia suchych kosmyków

Obłędny jest zapach produktu - słodki, owocowy, wyraźnie cytrusowy. Oczarował mnie od pierwszego zastosowania, bo jest zupełnie nietuzinkowy i zachwycający. Pachnie wakacjami i tropikalnymi owocami. Nie ulatnia się od razu po nałożeniu, wyczuwam go także po dłuższym czasie od aplikacji, przy czym zupełnie nie jest męczący i nachalny.


Jak ja stosuję ten produkt i jak u mnie się sprawdza?  


Z racji tego, że moja skóra ma z natury blady i ziemisty odcień, a do tego jest ekstremalnie przesuszona, produktem ratuję właśnie moją cerę, żeby ją dogłębnie odżywić i wydobyć z niej naturalny blask.

Produkt jest dla mnie na tyle bogaty i odżywczy, że stosuję go jako skoncentrowane serum na noc i w tej roli zdał u mnie egzamin celująco! 
Po dokładnym oczyszczeniu twarzy, na noc nakładam już tylko myPOWERelixir, który zastępuje mi jednocześnie serum i krem. Dla mnie jest to własnie takie 2w1. 
Kosmetyk w słoiczku ma konsystencję dość zwartą, przypominającą wazelinę, jednak podczas aplikacji jego struktura zamienia się w oleistą, gładko i płynnie rozprowadzając się na skórze. Pozostawia na skórze wyraźny film, który nie wchłania się natychmiastowo i jakiś czas go jeszcze wyraźnie wyczuwam, przez co produktu nie stosuję na dzień pod makijaż.
Produkt jest idealny na noc, jako kompres multiwitaminowy, szczególnie dla cery przesuszonej i pozbawionej witalności, szarej i zmęczonej.
Serum stosuję już 3 tygodnie i przez ten okres poprawa cery jest naprawdę zauważalna. Skóra stała się napięta i odżywiona, bardziej świetlista i mniej poszarzała, zyskując naturalny glow. 




Główne składniki?


  • olejek z chia - bogaty w witaminy i antyoskydanty 
  • olejek ze słodkich migdałów - odpowiada za odnowę naskórka
  • olejek kokosowy - spowalnia procesy starzenia 
  • olejek jojoba - przeciwdziała oznakom starzenia 
  • olejek ryżowy - działa odmładzająco i wygładzająco 
  • olejek z gorzkiej pomarańczy- dodaje energii i blasku
  • ekstrakt z planktonu - rozświetla skórę
  • wosk ze skórki pomarańczy - działa ujędrniająco i antyoksydacyjnie 
  • masło mango - poprawia koloryt i elastyczność skóry 
  • witaminy E i F - zwalczają wolne rodniki 


Ponadto, oczywiście tak jak pozostałe produkty marki Miya, myPOWERelixir jest wolny od parafiny, parabenów, silikonów, PEG-ów. Jest także hipoalergiczny. 

Opakowanie 50 ml/ 99,96 zł 

Co myślicie o nowości Miya?



Do następnego!

piątek, 23 czerwca 2017

Buble od Bania Agafii .....Niemożliwe? A jednak!

Buble od Bania Agafii .....Niemożliwe? A jednak!
Zachwytów nad kosmetykami Bania Agafii nie ma końca. W sieci pojawiają się co rusz jakieś nowe mazidła w tak dobrze nam znanych,  poręcznych i wygodnych saszetkach, które szturmem zdobywają serca większości z Was. Sama z przyjemnością stosowałam jakiś czas temu maseczkę witamiową, i choć na jej temat widziałam różne zdania, mi - a właściwie moje cerze, bardzo przypadła do gustu. 
W ostatnim czasie za dosłownie kilka złotych udało mi się kupić dwa kolejne produkty Bania Agafii. I ... niestety zawiodłam się bardzo i to w dodatku od razu podwójnie!


BANIA AGAFII ODMŁADZAJĄCA MASECZKA DO TWARZY Z MLEKIEM ŁOSIA

Miałam spore oczekiwania po udanej przygodzie z wersją witaminową maseczki, jednak według mnie tutaj coś jednak poszło nie tak. Maska ma konsystencję maślano - budyniową i pachnie wcale nie mniej "spożywczo". Jednak nie jest to przyjemny zapach. Dla mnie jest to męcząca i mdląca woń przestarzałego budyniu śmietankowego. Wytrzymanie z nią na twarzy przez dobre 15-20 minut nie jest wobec tego relaksującym doznaniem. Zaletą maski jest to, że jest treściwa i nie spływa z twarzy, jednak tym samym jest uciążliwa przy zmywaniu i strasznie się rozmazuje. Ponadto po jej zastosowaniu nie zauważyłam żadnych widocznych korzyści. Dla mnie to taka maska - nic. Byłam ciekawa jej opinii i naczytałam się sporo uwag, że potrafi wywołać spore reakcje alergiczne i nierzadko uczula! Na szczęście nic takiego u mnie nie miało miejsca. Muszę jednak przyznać, że po przeczytaniu tych wszystkich opinii nie byłabym skłonna nałożyć jej na twarz (chyba musiałabym wcześniej wykonać próbę uczuleniową ;)) Jeśli jej nie miałyście, nic nie straciłyście!



Bania Agafii Peeling do stóp redukcja nagniotków i odcisków

Kiedyś z uwielbieniem używałam sorbetowego peelingu z papai do stóp marki Avon, i w zasadzie od tego przyjemnego doświadczenia zaczęło się moje zamiłowanie do peelingów do stóp, bo potrafią zdziałać naprawdę sporo. Skoro więc znalazłam coś podobnego od marki Bania Agafii, dużo się nie zastanawiałam nad zakupem... który okazał się totalną porażką. Zapach tutaj też nie wywołał mojej euforii - jest nieprzyjemny, pachnie ziołowo i aptecznie, kojarzy mi się z lekarską maścią. Peeling należy stosować na suchą skórę stóp - i według mnie inna opcja po prostu nie wchodzi tutaj nawet w grę. Peeling jest stosunkowo rzadki, więc w połączeniu z wodą wszystko z naszych stóp od razu by spłynęło. Ponadto drobinki peelingujące są mikroskopijne i jest ich tak mało, że o porządnym peelingu możemy raczej pomarzyć. A redukcja nagniotków i odcisków? Dobry żart. Lepiej moje stopy dopieszczone zostały spacerem brzegiem morza, niż tym produktem. Dla mnie totalny bubel.





A jaka jest Wasza opinia o kosmetykach Bania Agafii?

Do następnego!

środa, 7 czerwca 2017

Limonka z bazylią | Orzeźwiający początek dnia z Isaną

Limonka z bazylią | Orzeźwiający początek dnia z Isaną
Która z Was zaczyna swój dzień od szklanki wody z cytryną, dającej Wam i Waszej skórze poranny zastrzyk energii? Ja wprowadzam ten zdrowy nawyk do codziennej porannej rutyny. A od kilku dni lepszy start w nowo rozpoczynający się dzień zapewnia mi również żel z Isany o zapachu limonki z bazylią. 


Żele z Isany nie należą do moich faworytów, przeważnie sięgam po kremowe żele Nivea bądź Dove, jednak od czasu do czasu robię mały skok w bok dla nowinek pojawiających się na Rossmanowych półkach z żelami Isana, bo muszę przyznać, że szata graficzna żeli oraz ich kombinacje zapachowe, szczególnie tych z wersji limitowanych potrafi przyciągnąć oko i skusić do zakupu. No i ta śmieszna cena.... 


Latem jestem fanką rześkich, świeżych i cytrusowych zapachów, jeśli chodzi o pielęgnację skóry. Bardzo lubię żel Dove z zielonym ogórkiem, bo podczas porannego prysznica potrafi mnie wybudzić na dobre ze snu. Wersja zapachowa Isana z limonką i bazylią od razu przypadła mi do gustu, więc zamieniłam chwilowo mój ulubiony żel ogórkowy na żel limonkowy z nutą bazylii. 
Choć bazylii raczej tutaj nie wyczuwam, to orzeźwiający zapach cytrusów jest tak wyraźny, że nic mi więcej w tym żelu nie brakuje. Jak zwykle jedynie jak to bywa w przypadku żeli z Isany, zapach po kąpieli niestety szybko się ulatnia i nie jest wyczuwalny na skórze. Produkt ma typową, żelową konsystencję i bardzo dobrze się pieni.
Według mnie jest to świetny żel na okres letni, szczególnie podczas porannego prysznica, bo pomaga się rozbudzić na dobre i zacząć dzień z energią.

Cena: ok. 4 zł/ 250 ml



A Wy lubicie żele z Isany?

Do następnego!
Copyright © 2014 Moja chwila relaksu , Blogger