środa, 30 sierpnia 2017

Hit za grosze | Moc olejków w złotej ekspresowej masce do włosów Isana

Hit za grosze | Moc olejków w złotej ekspresowej masce do włosów Isana
Mycie włosów, suszenie, modelowanie bądź prostowanie... która z nas tego codziennie nie przerabia? 
Do tej pory stosowałam głównie odżywki do włosów w sprayu bez spłukiwania, jednak od kiedy zaczęłam przygodę z ombre, moje rozjaśnione końcówki zaczęły się buntować i sama odżywka w sprayu okazała się niewystarczająca. Sięgnęłam więc po skoncentrowaną maskę nawilżającą Oil Care Isana z małą obawą, że mimo wszystko za bardzo obciąży moje delikatne włosy. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. 


Maska do włosów okazała się idealnym dopełnieniem pielęgnacji zniszczonych i przesuszonych włosów, jako kuracja uzupełniająca do stosowania 3-4 razy w tygodniu. 

ZAPACH:
Dość intensywny, jednak nie kojarzy mi się z typowym zapachem produktów do pielęgnacji włosów, bliżej mu do  kobiecych, dość ciężkich perfum, jednak otula włosy dość subtelnym zapachem, 

KONSYSTENCJA:
Gęsta, masełkowata, trochę oleista za sprawą olejków migdałowego i arganowego, doskonale przylega do mokrych włosów, nie spływając z nich,  

DZIAŁANIE:
Jednym słowem genialne, już dawno nie miałam tak dobrego produktu w tak niskiej cenie. Maskę nakładam mniej więcej na wysokości uszu aż po same, najbardziej wysuszone końce i trzymam ok. 5 minut, po czym spłukuję. Już podczas spłukiwania czuję, jakie stają się odżywione, bez efektu przetłuszczania. Po wysuszeniu są bardzo miękkie i sprężyste, znacznie mniej się rozdwajają i nie są już takie matowe. 

Cena: 150 ml/ 4,99 zł 





Ostatnio Isana zaczyna mnie pozytywnie zaskakiwać :)

Do następnego!

niedziela, 20 sierpnia 2017

Ile wpisów dodawanych miesięcznie jest liczbą optymalną? Czy istnieje coś takiego jak przesyt informacji? Moje subiektywne spostrzeżenia i pomysł na serię wpisów

Ile wpisów dodawanych miesięcznie jest liczbą optymalną? Czy istnieje coś takiego jak przesyt informacji? Moje subiektywne spostrzeżenia i pomysł na serię wpisów

Regularne dodawanie postów jest podstawą istnienia bloga i jest to fakt niepodważalny. Z systematycznym dodawaniem wpisów póki co jestem na bakier, bo chroniczny brak czasu i duża liczba zajęć nie pozwalają mi się dobrze zorganizować. Tak, zorganizować, bo wiele z Was ma całą masę zajęć w ciągu dnia a jest tak konsekwentna, że regularne pojawianie się wpisów to dla większości bułka z masłem, a zarządzaniem czasem nie sprawia żadnych trudności. 
Jednak czy istnieje coś takiego jak nadmiar informacji pojawiających się na blogu, który może spowodować przesyt? 


Regularnie dodawane posty nie pozwalając zapomnieć o blogu i zapewniają systematyczny ruch na naszej stronie. A na wzbudzeniu zainteresowania naszych czytelników, dotarciu do szerszego ich grona i zachęcaniu do zapoznania się z treścią, jaką zamieszczamy na blogach zależy nam najbardziej. 
Jednak czy jest możliwe, że duża ilość wpisów może spowodować, że  jest ich w pewnym momencie zbyt dużo? Czy w blogosferze istnieje w ogóle coś takiego jak "too much"?
Zawsze podkreśla się, że niesystematyczne, mało ciekawe i słabe treści zamieszczane na blogu spowodują jego samoistną destrukcję i rychły koniec. Zgadzam się z tym i czasem myślę, że może spotkać to i mnie. Do "perfekcyjnej pani bloga" niestety mi daleko :):) 
Ale czy za duża częstotliwość postów pojawiających się na blogu też może mieć niekorzystny na niego wpływ? 
Jakiś czas temu zaobserwowałam, że zdarzają się blogi, na których treści pojawiają się niemal codziennie. I nie byłoby w tym generalnie nic rażącego, jeśli nie to, że wpisy pojawiały się po prostu po to żeby być. Treści były pisane na kolanie, zdjęcia robione tosterem, nierzadko z liczną ilością błędów. Byle zachować regularność. Byle być.  A czy o to w tym wszystkim ma chodzić? 
Może teraz popukacie się w głowę i pomyślicie o czym ja w ogóle piszę, ale obserwując kiedyś blogi, przez które na liście czytelniczej wyskakiwały mi niemal jak spam, posty za postem, bez sensownej treści i bardzo kiepskiej jakości zdjęciami przestałam je po prostu obserwować. Z czasem blogi przestawały istnieć, co mnie szczególnie nie zdziwiło.
Blogi, które dosłownie bombardowały mnie ilością wpisów, sprawiały, że nowe posty po prostu omijałam, bo miałam wrażenie, że moja głowa nie przyjmie już więcej informacji.
Blogi, na których posty pojawiają się regularnie, ale w odpowiednich odstępach czasu, wywierają na mnie szczególną moc przyciągania. Widząc nowy wpis myślę, że "zatęskniłam" za nowymi informacjami i z ogromną chęcią je czytam.  Bo takie blogi dają odpocząć, a odpowiednia na nich przerwa sprawia, że chętniej do nich wracam. 
Ale jak jest z tą optymalną ilością, żeby zachęcić a nie spowodować przesytu u czytelników? Zaczęłam już nad tym intensywnie myśleć jakiś czas temu, i chciałam wprowadzić u siebie pewną systematykę, która spowoduje pojawianie się postów 3 razy w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki. Tak, żeby w moim odczuciu, zapewnić optymalną ilość informacji, jaką chcę się z Wami dzielić.


Mam też pewien pomysł na serię wpisów, które od września chciałabym wprowadzić na blogu
  • Beauty poniedziałki - w których pojawiać się będą wszelkiej maści recenzje, od pielęgnacji po kolorówkę, nowości kosmetyczne, ulubieńcy itp. czyli tak naprawdę temat wiodący na blogu, 
  • Literackie środy - staram się ostatnio więcej czytać, już mam kilka fajnych pozycji, z którymi chciałabym się z Wami podzielić, więc myślę, że ten rodzaj serii ma sens. Kiedyś już dodałam kilka "książkowych" wpisów i całkiem przyjemnie mi się na ten temat pisało,
  • Lifestylowe piątki - które będą luźne, chciałam w tej serii zawrzeć wszytko inne, poza tematami stricte beauty, czyli chociażby polecane miejsca w sieci, blogi, kanały YT, haule zakupowe, zapachy do domu,  moje przemyślenia, porady i wszytko inne, co mi przyjdzie do głowy, a z czym będę się chciała z Wami podzielić. 
Mam nadzieję, że pomysł wypali :)

Do następnego!

sobota, 12 sierpnia 2017

4 sposoby na walkę z bladą skórą

4 sposoby na walkę z bladą skórą
Pomimo dość ciemnej oprawy oczu, głębokiego, orzechowego odcienia tęczówek i brązowych włosów, mojej skórze daleko do pięknego oliwkowego odcienia. Mam jasną karnację, która w okresie wzmożonego stresu i chronicznego zmęczenia przybiera wręcz ziemisty odcień, który dodatkowo jeszcze postarza. Żeby było bardziej wesoło, ja i moja skóra nie przepadamy za wygrzewaniem się na słońcu, bo strasznie mnie to męczy, w dodatku moja skóra nie przybiera samoistnie tak pięknego brązowego odcienia jaki mi się marzy. Postanowiłam jednak na przekór przeciwnościom postarać się o lepszy odcień mojej skóry bez konieczności wystawiania jej na promienie słoneczne i znalazłam swój złoty środek w 4 krokach.


1. Soki marchwiowe

Tak wiem, mogę taki sok sama przygotować w domu, jednak nie mam porządnej sokowirówki do sporządzania soków marchwiowych, poza tym, zawsze było mi szkoda wyrzucać pozostały wysuszony na wiór miąższ, a nie miałam pomysłu jak go realnie spożytkować.
Znalazłam jednak w Aldi pyszne soki, kóre nie są typowymi jednodniowymi sokami, i mają zdecydowanie dłuższą datę przydatności do spożycia, więc zawsze biorę zgrzewkę i mam zaopatrzenie na 2-3 tygodnie. Soki składają się w 98% z soku marchwiowego, a pozostałe 2% to aromat bananowy i dodatek miodu. Piję je 2, maksymalnie 3 razy w tygodniu, ponieważ nie zależy mi na przemianie w chodzącą karotkę, a jedynie poprawie kolorytu skóry i wydobycie z niej promiennego blasku. A taka częstotliwość ich spożycia pozwala mi osiągnąć ten efekt.

2. Tabletki z karotenem beta - solar 

Stosuję je głównie w okresie letnim, podczas wzmożonego przebywaniu na świeżym powietrzu, ponieważ zauważyłam, że opalenizna podczas ich stosowania rzeczywiście pojawia się szybciej i przybiera lepszy, bardziej złocisty odcień. Dodatkowo tabletki pozwalają mi cieszyć się dłużej brązową skórą, utrwalając odcień i powodują, że opalenizna znacznie wolniej schodzi. Tabletki są szczególnie przydatne dla tych z Was, które tak jak ja lubię krótkie kąpiele słoneczne lub po prostu opalanie "przy okazji", np. podczas jazdy rowerem. 



3. Balsam brązujący Ziaja Cupuacu

Kiedy mam chęć na zdecydowanie głębszy odcień opalenizny, znacznie bardziej widoczny, wtedy sięgam po niezawodny i sprawdzony balsam brązujący od Ziai. Dzięki linii Cupuacu wróciłam z chęcią do produktów brązujących. Balsam z Ziai zapewnia szybką zmianę koloru skóry, która widoczna jest już po pierwszej aplikacji, a po 2 zastosowania mogę cieszyć się ładną, brązowo- złocistą opalenizną bez efektu pomarańczowej skóry. Produkt dodatkowo dość równomiernie schodzi i nie robi żadnych plam i smug, a do tego jego niska cena sprawia, że na stale zagościł w mojej łazience.

4. Krem koloryzujący do ciała Bielenda CC Body Perfector

Niezawodne słońce w tubce, mój idealny produkt SOS, kiedy potrzebuję w jednej chwili uzyskać efekt opalonej skóry, szczególnie nóg. Mam go od zeszłego lata i jest jednym z moich niekwestionowanych hitów. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze, nadaje ładny kolor opalenizny z lekkimi drobinami, które odbijają światło i rozświetlają skórę, nadając jej przy tym satynowe wykończenie. Maskuje też wszelkie niedoskonałości, jak pajączki czy mniejsze siniaki. Jest wodoodporny, co przetestowałam podczas deszczu. Delikatnie brudzi jasne ubrania od spodu (sukienki, spódniczki) ale jestem w stanie mu to wybaczyć, bo na szczęście łatwo się spierają. Jest też bardzo wydajny. 
 



Jakie Wy macie sposoby na poprawę kolorytu skóry? 

Do następnego!

piątek, 4 sierpnia 2017

Gładkie i jędrne ciało nie tylko latem | Lirene antycellulitowe serum z 5% kwasem migdałowym o działaniu złuszczającym

Gładkie i jędrne ciało nie tylko latem | Lirene antycellulitowe serum z 5% kwasem migdałowym o działaniu złuszczającym
Uff! Lato się w końcu obudziło i daje nam popalić ekstremalnymi, niemalże tropikalnymi temperaturami. U mnie w ruch idą codziennie litry mrożonej herbaty miętowej i wody gazowanej. Jak żyć? Dobrze, że zawczasu zadbałam też o polepszenie kondycji mojej skóry z Antycellulitowym serum z 5% kwasem migdałowym od Lirene, bo letnie sukienki i spodenki zobowiązują..... 


Z zasady nie stosuję produktów antycellulitowych ponieważ:

  • nie wierzę kompletnie w ich skuteczność, co się niejednokrotnie potwierdziło
  • za bardzo chłodzą
  • za bardzo rozgrzewają 
I właśnie głównie z powodu tych 3 czynników zwykle omijałam je szerokim łukiem i z dużą rezerwą. Jednak przeczytałam już kilka pozytywnych opinii na temat tego serum, a że chciałam poprawić zaniedbaną w ostatnim czasie kondycję mojej skóry przed urlopowym wyjazdem, potrafiłam dać mu szansę tym bardziej, że znalazłam go w Biedronce na promocji, gdzie za opakowanie zapłaciłam 14 zł. 



Produkt już na pierwszy rzut oka bardzo mi przypadł do gustu wizualnie. Czarna tuba z limonkowo-zielonymi elementami od razu przywiodła mi na myśl cieszące się popularnością produkty z aktywnym węglem, i choć tutaj takiego składnika nie uraczymy, koncepcja sama w sobie bardzo mi się spodobała. Ostatnio bowiem to, co "czarne" jest bardzo popularne. 



ZAPACH
Zastanawiałam się też nad zapachem, czy nie będzie za bardzo drażniący i czy da się z nim wytrzymać. I o dziwo, tak jak większość tego typu kosmetyków pachnie zdecydowanie zbyt chemicznie i toaletowo, tak ten zaskoczył mnie przyjemną dość cytrusową nutą. Miła  odmiana!

FORMUŁA
Konsystencja również jest na plus. Lekko żelowa, dość rzadka, błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając żadnego tłustego, a co najważniejsze, lepkiego filmu.

DZIAŁANIE
Producent zaleca stosowanie produktu 1 x dziennie, wieczorem. Stosowałam się do zaleceń i pokornie wcierałam serum w najbardziej wymagające partie ciała - brzuch, uda i pośladki. Zgodnie z obietnicą cellulit miał się ładnie zredukować do 78% a ciało miało stać się wyraźnie gładsze, jędrne i bez grudek i nierówności nawet do 93%
Z cellulitem produkt nie poradził sobie tak, jak obiecywał producent, bo skórka pomarańczowa  jak każda z Was zdaje sobie dobrze sprawę, to ciężki przeciwnik, który mysi być zwalczany wieloetapowo. Jednak miło zaskoczyła nie poprawa kondycji skóry pod względem napięcia.
Produkt sprawił, że skóra stała się mniej wiotka, zdecydowanie bardziej sprężysta i przyjemnie wygładzona. Efekt dla mnie jest zadowalający!
Serum nie uczula, nie wywołuje żadnych "skutków ubocznych" w postaci grzania lub chłodzenia, Nie bójcie się też efektu złuszczania, ponieważ stężenie kwasu migdałowego jest małe i w zasadzie efektu złuszczania nie radziłabym się spodziewać.
Myślę, że ten produkt włączę na stałe do codziennej pielęgnacji, bo chcę cieszyć się lepszą kondycją mojego ciała nie tylko w okresie letnim.


A Wy stosujecie tego typu produkty?

Do następnego!

Copyright © 2014 Moja chwila relaksu , Blogger